Rysunki zdawały się być bez wyrazu. Ilekroć przeciągałam ołówek po kartce, miałam wrażenie, że tworzę marionetkę bez duszy. Papier poplamiony czymś ciemnym, w tym przypadku grafitem. Zmieniałam ołówki z H2 na HB, z HB na 7H, ale ciągle coś było nie tak. W końcu zmięłam kolejną kartkę i wrzuciłam ją do niemal pełnego kosza. Chomik zaszamotał się po klatce.
W końcu odepchnęłam się nieco od biurka, położyłam buty na blacie i odchyliłam w tył. Krzesło skrzypnęło ostrzegawczo, ale nie przejęłam się tym. Kilka guzów z tyłu głowy nie zmieniło mojego przyzwyczajenia.
Za oknem ciężkie, szare chmury przetaczały się przez niebo. Idealna cisza nie zmącona śpiewem ptaków ani szumem drzew. Całe życie zamarło i czekało, aż niebo się zarwie.
Do południa było naprawdę upalnie. Sobota ciągnęła mi się w nieskończoność, dlatego zdecydowałam się wyjść z domu. Nałożyłam luźną, fioletową bluzę na ramiona i zajrzałam do kuchni.
- Mamo, wychodzę.
Mama spojrzała na mnie, mrużąc oczy.
- Nie jestem pewna, czy to jest dobry pomysł.
- Zdążę przed burzą. - Posłałam jej pewny siebie uśmiech i pospiesznie założyłam botki. Upewniłam się, że mam w kieszeni dokumenty i telefon i zamknęłam za sobą drzwi. Jedyne, czego ze sobą nie miałam, to słuchawek. Mimo wszystko nie wróciłam się po nie, tylko poszłam w stronę lasu. Minęło mnie kilka aut, starsza kobieta na rowerze oraz dzieciaki na deskorolkach. Gdy weszłam już na leśną dróżkę, zauważyłam dużego, ciemnego psa. Miał obrożę, ale mimo to wydawał się być sam. Zamarłam. Serce zaczęło mi bić cholernie szybko. Tolerowałam naprawdę wiele. Ale psy zawsze wzbudzały we mnie nieodparty strach, nawet jeśli były daleko i wcale nie były mną zainteresowane.
Po chwili pies uniósł łeb i utkwił we mnie wzrok. Widziałam, jak jego mięśnie się napinają, szczęki rozwierają, doszedł mnie charkot, po chwili warczenie... Nie chciałam na niego patrzeć, ale wzrok mimowolnie wędrował mi co chwilę w jego stronę.
Zdawało mi się, że ktoś zagwizdał. Zdecydowałam, że pójdę dalej przed siebie. Po prostu skręcę w prawo, omijając w ten sposób psa.
Zrobiłam jeden krok, zerknęłam na niego... Zerwał się z miejsca. Zaczęłam biec. Telefon wypadł mi z kieszeni, ale nie byłam w stanie zawrócić po niego. Adrenalina buzowała w żyłach, zabijając słabość mięśni. Nigdy tak szybko nie biegłam. Widziałam wszystko bardzo wyraźnie. Dobiegałam do zakrętu, gdy nagle ktoś zaczął wołać...
Złapałam ostry zakręt. Na chwilę straciłam równowagę, ale szybko się w sobie zebrałam i biegłam wzdłuż brzegu lasu. Niebo przede mną było zasłonięte niemal czarnymi chmurami. I wtedy horyzont przeszyła błyskawica. Zacisnęłam mocno powieki i wrzasnęłam... A potem ujrzałam tylko żwir. Kolana i prawy łokieć przeszył ostry ból, który natychmiast zniknął. Przewróciłam się na plecy i uniosłam na lewej ręce. Pies biegł prosto na mnie z obnażonymi kłami, po których ciekła ślina. Oczami wyobraźni widziałam, jak zaciska szczęki na mojej szyi...
Ciężki grzmot przetoczył się po okolicy. Pies zerwał się do skoku. Padłam na plecy i przetoczyłam się w bok, ze dwa metry od stworzenia, które zębami uchwyciło jedynie powietrze i kurz, który wzbiłam za sobą.
- DEMON! Kurwa, mać, WRACAJ TU!
Wtedy zobaczyłam, jak chłopak w ciemnych ubraniach staje między mną a psem. W lewej dłoni ściskał smycz i kaganiec. Pies zawarczał, ale nie ruszył się z miejsca.
- Niedobry pies! Siad!
Demon, jak wywnioskowałam, usiadł dosyć niechętnie. Wychylał się to w prawo, to w lewo, pragnąc dojrzeć mnie za swoim panem. Wtedy on uklęknął przed psem i zapiął smycz. Owinął ją wokół nadgarstka i, nadal mówiąc po cichu do psa, założył mu kaganiec. Następnie podszedł z Demonem do najbliższego drzewa i mocno oplątał wokół niego smycz. I wtedy się odwrócił.
Zaczął padać deszcz.